Słonce wstaje nad dworcem kolejowym w Wientian. Pod okienkami kasowymi kłębi się tłum, bo biletów jest ograniczona ilość. Pozostałe sprzedano przez internet i biura. Walcz Horodyski, abyśmy nie musieli spędzać kolejnych 7 godzin w busie – bo tyle czasu trzeba, aby dojechać nim do Luang Prabang. Pociąg jest szybki i jedzie 2. Jesteśmy w podróży dokładnie 44 godziny. Jestem brudna i śmierdząca, ale o dziwo niespecjalnie zmęczona.
Z dworca autobusowego przyjechaliśmy przerdzewiałym stanowień, który wzbudził wielką radość u Elisabeth i Michaela. My, jako bywalcy, niczemu się nie dziwimy. Gdyby usunąć telefony komórkowe, Laos wyglądałby jak 16 lat temu. Bardzo mnie to cieszy, ale może niekoniecznie cieszy mieszkańców Laosu.
Chwila jest pełna napięcia, bo ludzi przybywa, a Horodyski przy kasie 8biletowej. Bilety przez internet można kupić 3-4 dni naprzód. Gdy sprawdzałam na stronie kolei, bilety na dziś wyświetlały się jako wykupione. Na wyświetlaczu nad kasami pokazuje się, że jest wolnych 40 miejsc zwykłych i chyba 20 biznes. Może nie będziemy musieli kolejnych 7 gidzin spędzać w busie.
Hurra, mamy bilety. Żeby nie było- klasa biznes. Azja zadziwia mnie ciągle. Przedwczoraj spaliśmy w pięknym hotelu beżowo- zielonym -Union. Jedliśmy idealnie podane śniadanie w towarzystwie orchidei z widokiem na Ha Long ( wszystko 130 zł.) Pomijam fakt, że prawdopodobnie byliśmy jedynymi gośćmi w hotelu. Potem wpakowaliśmy się do odrapanego autobusu I jedliśmy ryż w przydrożnej knajpie z rażącą żarówką o zimnym świetle i brudną betonową podłogą. Teraz siedzimy w pociągu w klasie biznes.
Za duży kontrast jak dla mnie. W ogóle nie wiem o co chodzi z tymi biletami, bo w pociągu, którym jedziemy, jest mnóstwo wolnych miejsc. Może dlatego, że to pierwszy pociąg dziś - o 7.30. Ostatni odchodzi o 15.55.
W pociągu podają napoje, ale w łazience nie ma mydła ani papieru do rąk...