Nasze podróże do Laosu zawsze muszą być skomplikowane. Rano wyjechaliśmy busem Ha Long i przyjechaliśmy do Hanoi dużo za wcześnie, bo autobus zakupiony uprzednio z Hanoi do Luang Prabang , miał odjeżdżać o 18.00. Poszliśmy na obiad, posiedzieliśmy trochę ( bo dworzec autobusowy znajduje się pośrodku niczego ) I w końcu baba z okienka 42 wypisała nam bilety. Przyleciała po pół godzinie i tłumaczem google powiedziała, że autobusu dziś nie będzie. W końcu po przegrzaniu telefonów, ustaliłyśmy, że jedziemy dziś do Vientian, a za resztę podróży odda nam kasę.
Tak więc leżymy w najgorszym i najstarszym z autobusów jakie stały na dworcu. Nadto, aby tradycji stało się zadość, miejsca dla pasażerów ograniczono do minimum, a odzyskaną pojemność zapełniono paczkami i kartonami z wietnamskim towarem, który z pewnością jest deficytowy w Laosie.
I tak mamy szczęście, bo miejsca są leżące ( Horodyski powinien oberżnąć sobie nogi do kolan, aby się zmieścić – rozmiar legowiska – dziecięcy). Ostatnio czyli 16 lat temu jednak jechaliśmy busem z pokładami eternitu i metrową górą paczek na dachu i milionem kartonów w środku. 11 godzin spędziłam na workach z czosnkiem – w kucki. Czasami na naszym siedzeniu oprócz mnie , Horodyskiego i czosnku, siedział jakiś Laotańczyk czy inny. Więc teraz jest lepiej. Chyba.