Do Pai nie jest może zbyt daleko, bo chyba 129 km, ale droga jest niesamowicie kręta i prowadzi najpierw kilkaset metrów w górę, a potem kilkaset metrów w dół. W każdym razie przez jakiś czas zastanawiałam się czy czasem nie będzie mi niedobrze...
Rano oblecieliśmy całą masę watów , posiedzieliśmy w knajpkach, a po południu drogą krętą dostaliśmy się do Pai.
Na miejscu zamiast obiecywanego spokoju zastaliśmy tłumy- białasów i Chińczyków głównie. Ulice w Pai oświetlone lampionami ( zdjęcia brak) , no dotarliśmy wieczorem były pełne. W każdym razie przemieściliśmy się z tobołami do knajpy- na pyszną zupę rybną podawaną w kociołku. Tam zamówiliśmy też taksówkę, a Zygmunt popracował trochę. W końcu dotarliśmy do hotelu padliśmy.
Za to rano, Horodyski wpadł na genialny pomysł udania się pieszo do jakiejś atrakcji lokalnej, albowiem nasi gospodarze w hotelu jakoś nie chcą współpracować w kwestii zamawiania lokalnych wycieczek. Poszliśmy więc.
Oczywiście brak jakiegokolwiek rozeznania w temacie doprowadził do tego, że nie zdawaliśmy sobie spraw, że szlak ma 8 km w jedną stronę, przez dżunglę, z kilkusetmetrowym podejściem po gliniastym podłożu ( i zejściem) , biegiem strumienia itp.
Wodospady nazywa się Mae Yen i położony jest w środku tutejszego lasu.
Początkowo szlak jest bardzo przyjemny, po prostu ścieżka wzdłuż strumieni. Czasami należy pokonać bród. Spokojnie zdejmowałam buty, skarpetki, pokonywałam bród, potem ręczniczkiem wycierałam nogi, zakładałam skarpetki i buty. Po kilkuset metrach żniw zdejmowałam buty itp. Po dwóch kilometrach moje buty, skarpetki były całe mokre, a ręczniczek ( 20cmx20cm) cały w błocie. Potem nie zdejmowałam więc butów i szybciej się szło.
Szlak stawał die jednak coraz cięższy, było więcej głazów, a czasami trzeba było iść po skałach lub korytem strumienia. W 9końcu, aby dojść do wodospadu należało wspiąć się kilkaset metrów w górę po dość błotnistej, bardzo stromej ścieżce, dobrze, że nie było mokro.
Na koniec oczywiście należało zejściem spowrotem do strumienia.
Cały czas żyliśmy nadzieją, że u kresu czeka nas jakiś parking i budką z Coca Colą. Ale nic z tego, musieliśmy wracać tą samą drogą, a dodatkowo Horodyski wszedł nad wodospad, bo tam pewnie spodziewał się tej budki. No nic, dodaliśmy sobie tylko jakiś kilometr...
Byliśmy jednak już zmęczeni i gdy w końcu wyszliśmy z lasu, w pierwszej knajpie wytraciliśmy zimne piwo ( nawet ja). W sumie szlak jest dość męczący, trzeba mieć buty dobre do wody i do chodzenia po różnej nawierzchni, zapas wody ( my pijemy z butelki z filtrem Water to Go, filtruje wodę że strumienia, inaczej musielibyśmy mieć ze sobą po 2 litry na osobę chyba tj. 4 kg dodatkowo). Głównie chodzą tam młodzi ludzie, znacznie szybciej niż my , ale tłoku nie ma. W sumie po tym szlaku zrobiliśmy jakieś 18 – 19 km.
Potem doczłapaliśmy się do hotelu, po drodze wstępując na jakąś zupę..
Dziś za to gorące źródła i spacerek.